trashka_pl

I do something with things that, in the normal world, gets called “upcycling,” but in the psychic world — the one that works 24/7 behind our backs — is a very slow attempt to repair certain micro-fractures in our tolerance for being ourselves. Because it’s precisely there, in the space between “an object” and “living with that object,” that the whole drama takes place: the small, barely perceptible movements thanks to which a person stops feeling so painfully disposable. Upcycling — a nice, eco-friendly word — is here more like a kind of emotional lamination, layering on meaning so we don’t leak through.

  • Bo Trzej Królowie —Kacper, Melchior i Baltazar — nie byli pasterzami ani „prostymi ludźmi”. Byli elitą: wykształconą, wpływową, zorientowaną w systemach wiedzy swojej epoki. Astrologami. Uczonymi. Ludźmi, którzy wiedzieli, jak działa świat — przynajmniej ten, który da się opisać.
    I właśnie dlatego ich gest jest tak radykalny.

    Nie byli wewnątrz tej religii

    To jest pierwszy fakt, który współcześnie umyka. Trzej Królowie byli obcy kulturowo.
    Przyszli „z zewnątrz systemu”. Nie mieli interesu w potwierdzaniu tej historii. Nie byli adresatami obietnicy. A mimo to zatrzymują się. Rozpoznają znak, który nie mieści się w ich dotychczasowych modelach, gwiazda nie prowadzi ich do pałacu ani centrum władzy lecz na margines, do prowizorium.
    To święto mówi, że sens — jeśli jest prawdziwy — powinien być rozpoznawalny nawet przez tych, którzy nie są „wtajemniczeni”.

    Ryzykują ośmieszenie

    Król w tamtym świecie to ktoś, kto nie klęka. Klękanie jest gestem nieodwracalnym: pokazuje hierarchię. A oni klękają przed dzieckiem. Bez gwarancji, że to „ma sens”. Bez certyfikatu przyszłego sukcesu.Trzej Królowie, zachowują zdolność do klękania. Współcześnie to gest skrajnie kontrkulturowy.Dzisiejsze elity są elitą, która utraciła zdolność do uznania czegokolwiek, co nie potwierdza ich własnej sprawczości.

    Czy istnieją jeszcze takie które umieją przestać być w centrum?

    Nie wracają tą samą drogą

    Ten detal jest kluczowy, a często pomijany. Ewangelia mówi wprost: „inną drogą wrócili do swojej ojczyzny”. To nie jest metafora poetycka. To jest informacja strukturalna.

    Spotkanie z sensem — jeśli jest prawdziwe — dezorganizuje dotychczasową trasę.
    Czy cokolwiek, co uznaję za ważne, faktycznie zmieniło sposób, w jaki żyję?

    Bo jeśli wracam dokładnie tą samą drogą — z tym samym lękiem, tym samym cynizmem, tą samą automatyką — to być może byłam/byłem tylko turystą sensu.


    Dary 3 króli

    złoto które nie jest inwestycją, niczego nie zabezpiecza i nie kupuje przyszłej władzy

    Współczesny świat nie tyle nie wierzy w złoto, co nie toleruje wartości, która nie umie się obronić językiem prognozy. Dziś każda wartość musi być opisana jako potencjał: wzrostu, oddziaływania, skalowalności. Jeśli nie potrafi — zostaje uznana za sentyment albo luksus poznawczy.

    mirra

    przypomina, że sens obejmuje też to co się kończy,

    kadzidło któro ulatnia się

    nie zostaje, nie pracuje, jedyną jego funkcją jest zawieszenie uwagi

    to wszystko pokazuje, że nie wszystko co najważniejsze da się rozpoznać po sile, sukcesie i skali

  • Przychodzisz na Wigilię. Ktoś z funkcją strażnika obyczaju – w każdej rodzinie jest taki „woźny sensu” – mówi ci, że „nie wypada” w bluzie, w trampkach, bez marynarki, albo z kolczykiem, który rokuje na „komentarze”. I teraz pytanie, które jest i retoryczne, i niestety praktyczne: kto właściwie przemawia? Czy to gospodyni z kserem reguł? Czy klasowa pamięć mebla? Czy też – tu wjeżdża teologia w wersji komiksowej – rzeczniczka solenizanta, który tej nocy ma urodziny?

    Jeśli rzeczywiście świętujemy narodziny kogoś, kto według narracji urodził się w stajni (czyli w miejscu, które przegrywa każdy ranking „dress code & venues”), to rebus staje się atakująco prosty. W szopce mamy: pasterzy (normcore sprzed normcore’u), bydło (nie dressuje się), mędrców (overdressed, ale jednak spóźnieni) i niemowlę (bez „looku”, zaledwie zawinięte). To nie gala – to azyl. A jednak współczesna liturgia obyczaju próbuje stajnię przerobić na foyer teatru: kurtkę do szatni, proszę.

    Są trzy możliwe objaśnienia tej sprzeczności:

    (A) Objaśnienie socjotechniczne. Strój to szybki protokół tożsamości. Wysokie święta to wysoka stawka. Rodzina montuje więc bramkę kontroli jakości (ubrania = intencje). W praktyce: „Przyszedłeś nie dość odświętnie” = „Czy szanujesz nas tyle, by ubrać na twarzy uwagę?”. Problem: skrót myślowy zamienia się w zamiennik sensu. Ubranie zaczyna grać to, czego relacja nie umie zagrać sama. Łatwiej skrytykować buty niż zapytać, jak naprawdę się masz.

    (B) Objaśnienie estetyczno-lękowe. Wigilia jest dla wielu ostatnim bastionem rytuału w roku złożonym w 99% z scrolla. Jeśli nie zamrozimy jej w formie (obrus, koszula, srebrna łyżeczka po prababce), rozsypie się w „imprezę z przymrużeniem oka”. Strażnik stroju w rzeczywistości broni geometrii znaczeń: kant spodni ma racjonalizować kant świata. Tylko że geometria bez wnętrza zamienia się w makietę. (Ładna, zimna, krucha; dzieci patrzą i uczą się, że „ładnie” to „nie dotykaj”.)

    (C) Objaśnienie teologiczne (domowe, niewyświęcone). Jeżeli urodziny należą do Chrystusa – to, mówiąc wprost, nie my jesteśmy gospodarzami. Każde „przepraszam w imieniu solenizanta, że źle pan przyszedł” jest rodzajem uzurpacji: rzecznictwo bez upoważnienia. W Ewangeliach trudno znaleźć fragment, w którym Jezus powołuje komisję dress code’u. Są natomiast sceny, gdzie gość „nieodpowiedni” jest protokołem przyjęcia; warunek jest jeden: przyjście prawdziwe. (Tak, jest też przypowieść o szacie weselnej – ale tam chodzi o przyjęcie sensu zaproszenia, nie o nitkę i splot. Rzecz subtelna, lecz kluczowa.)

    W praktyce rodzinnej „przyjęcie sensu” można zmierzyć nie w guzikach, tylko w uwadze. Uwaga to nowa odświętność – rzadki, drogi materiał. Kto przychodzi uwagą, jest ubrany w kontekst. Kto przychodzi w smokingu, a rozcina wzrokiem ludzi na „OK/NIE OK”, jest rozebrany do pancerza.

    Wiem, co powiesz: „No dobrze, ale czy wszystko jedno? Czy Wigilia w dresie i z czapką z daszkiem to nie jest gest wobec gospodarzy?”. Jest to gest – dlatego właśnie powinniśmy przenieść akcent z estetyki na etykę: zamiast kontrolować czyjś garnitur, można uzgodnić regułę troski. Brzmi naiwnie, dopóki nie zestawisz tego z efektem ubocznym uwagi o stroju: wstyd. Wstyd działa jak rozpuszczalnik rozmowy: zaczynasz myśleć o sobie wewnątrz cudzego spojrzenia, a nie o kimś, kto siedzi naprzeciw. Wstyd to anty-Wigilia.

    Wyobraźmy więc na chwilę „etykietę stajenną” (robocza nazwa; nie śmiej się – protokoły też mogą być czułe):

    1. Pierwszeństwo gościa. Jeśli ktoś wszedł z ulicy – znaczy, przeszedł przez zimno. Oddaj mu cieplejsze krzesło i nie komentuj kurtki.
    2. Ubranie = informacja, nie ocena. Strój mówi „od skąd przychodzę”, nie „kim jestem ostatecznie”. Czytaj delikatnie, jak list z oślej ławki.
    3. Komplement zamiast korekty. Jeśli naprawdę „zależy nam na podniosłości”, najpierw stwórzmy klimat przyjęciem (tak, także estetyką stołu), potem – dopiero jeśli trzeba – zaproponujmy coś, co pomaga czuć się u siebie („Chcesz skarpety? Mamy wełniane.”).
    4. Milczące przyzwolenie na niedopasowanie. W szopce byli i królowie, i pastuchy. System toleruje amplitudę. Wigilia też może.
    5. Słowa jak serwetki, nie jak kamienie. Jeśli musisz coś powiedzieć: mów o sobie („Potrzebuję dziś nieco ciszej/odświętniej”), nie o kimś („Ty wyglądasz niestosownie”). Różnica jest moralnie ogromna.

    Czy w ogóle istnieje sensowny dress code wigilii? Jasne – ale niech będzie symboliczny, nie kastowy. Jeśli już chcemy znaku, niech to będzie coś wspólnego i miękkiego: drobny element, który każdy może założyć bez przemocy wobec własnej skóry i portfela (szal, papierowa gwiazdka, wstążka). Kod staje się wtedy horyzontalny (łączący), a nie wertykalny (segregujący).

    W tle chodzi o większą rzecz: kto jest gospodarzem sensu w naszym życiu – my czy rytuał? Jeśli rytuał służy życiu, będziemy w stanie odkręcić krawat komuś, kto się nim dusi, bez utraty „powagi chwili”. Jeśli życie ma służyć rytuałowi, będziemy dusić kogoś komentarzem o trampkach i nazwiemy to „dbaniem o tradycję”.

    Na koniec – minimalna, praktyczna teologia (zbudowana na domowym stole, nie w seminarium): jeśli Bóg miał wejść w świat przez bezbronność, to Wigilia jest świętem bezbronności przyjmowanej. Bezbronność gościa (niepewność, wstydliwość, brak marynarki) spotyka się z bezbronnością gospodarzy (lęk, że „wyjdzie byle jak”). Wspólny los. Jedyna odpowiedź, która trzyma tę sprzeczność, to czuła forma* forma, która umie się zsunąć, kiedy ktoś jej nie udźwignie, a nie forma, którą komuś zawiązujemy na szyi jak identyfikator.

  • Coca-Cola od lat 30. XX wieku konsekwentnie:

    1. ustandaryzowała wizualną reprezentację Świąt
    2. połączyła ją z jednym, powtarzalnym afektem: łagodną nostalgią + bezpieczeństwem
    3. usunęła z obrazu wszystko, co trudne: konflikt, zmęczenie, niespełnienie

    Efekt nie jest symboliczny, tylko poznawczy. Święta przestały być doświadczeniem, a stały się stylem.

    Istnieje bardzo szczególny moment w roku (gdzieś pomiędzy pierwszą reklamą z dzwoneczkami a trzecią wariacją na temat „Last Christmas”), w którym przestajemy pytać, czy coś jest prawdziwe, a zaczynamy pytać wyłącznie, czy wygląda wystarczająco jak Święta.

    I właśnie w tym miejscu pojawia się Coca-Cola – nie jako napój, lecz jako instytucja stylistyczna.
    Bo jeśli spojrzeć na sprawę uczciwie, Coca-Cola nie „sprzedała” nam Świąt. Ona zrobiła coś znacznie subtelniejszego i groźniejszego:dostarczyła nam ich wizualny skrót, gotowy pakiet emocjonalny, który można włączyć jak pilotem.

    Sweter świąteczny jest jednym z najbardziej niedocenianych nośników ideologii późnego kapitalizmu. Udaje coś miękkiego, prywatnego i „domowego”, a w rzeczywistości pełni funkcję munduru sezonowego — sygnału, że jednostka poprawnie zsynchronizowała się z obowiązującą narracją emocjonalną.

    Czerwony sweter z Coca-Colą nie jest ubraniem.
    Jest skrótowcem kulturowym.

    Oznacza: „jestem w Świętach”, „rozumiem konwencję”, Dokładnie tak, jak Mikołaj Coca-Coli nie jest postacią, lecz interfejsem uspokajającym, tak ten sweter nie służy do ogrzewania ciała, tylko do regulowania napięcia społecznego. Ma być miło. Ma być znajomo. Ma być tak, jak zawsze.
    Bo świąteczna stylistyka – swetry, kolory, zapachy, piosenki, nawet konkretna temperatura światła – nie jest niewinną dekoracją. Jest systemem regulacji emocji. Ma nas wprowadzić w określony stan: łagodnej nostalgii bez ryzyka rozpaczy, wzruszenia bez realnej konfrontacji z bólem, wspólnoty bez faktycznej bliskości.

    Coca-Cola jest w tym systemie genialna, ponieważ rozumie coś, co wydaje mi się rozumiem aż za dobrze:człowiek nie chce już sensu – chce uczucia sensu, najlepiej natychmiastowego.

    Zanim pojawiła się Coca-Cola, Mikołaj był figurą niejednoznaczną.
    Bywał ascetyczny, bywał surowy, bywał groteskowy albo lokalny. Czasem nagradzał, czasem oceniał. Czasem był cieniem religii, czasem echem ludowej grozy. Innymi słowy: był narracją.

    Coca-Cola tę narrację zakończyła. Od momentu, w którym Mikołaj został narysowany w jej reklamach jako pulchny, uśmiechnięty starzec w idealnie czerwonym stroju, nawet przestał być postacią kulturową, a stał się interfejsem emocjonalnym. Tak jak Cola nie ma już „smaku” w sensie zmysłowym, tylko smak Coli, tak Mikołaj nie ma już znaczenia — ma funkcję.

    Mikołaj Coca-Coli nie wymaga wiary, nie wymaga moralnej refleksji, nie wymaga nawet religii. Jest dostępny natychmiast, bez instrukcji obsługi. Dokładnie tak jak sama Cola: otwierasz, bierzesz łyk, wiesz, co czujesz. Zero niespodzianek. Zero ryzyka egzystencjalnego. Mistrzowski przykład świata, w którym emocje są projektowane, a nie przeżywane.





    Co tu się właściwie dzieje?



    Biorę ten czerwony totem cukru i marketingu  i robię mikro-operację semiotyczną: sprejuje logo marki tak, by została tylko „Ola”. Sweter staje się więc metryką, heraldyką imienia. A imię — w naszym alfabecie nawyków — bywa czyjąś obecnością. W miejscu „Cola” zostaje „Ola”, czyli osoba. Z najbardziej skomercjalizowanego napoju — który w pop-wyobraźni bywa wszystkim naraz: paliwem, towarem, kolorem, religią — zostaje imienny sweter ku chwale człowieka.

    • Znak: logotyp odciśnięty na dziesiątkach miliardów retin; język, w którym myślimy o orzeźwieniu i pragnieniu, zanim jeszcze poczujemy suchość w gardle.
    • Gest: blackout części napisu; wybór pozostawionych liter nieprzypadkowy — nie „Co” (co?), nie „Ca” (nic), tylko „Ola” (ktoś).
    • Skutek: przeniesienie wektora uwagi z tego, co należy do wszystkich (marka) na to, co należy do jednej (imię).

      Spray staje się mazakiem do zaciemniania, „markerem cenzora”. I jednocześnie — bo tu jest urok — ostentacyjnie amatorski:Przez sekundę robi się z tego rytuał przejścia: z „kupującej” w „posiadającą”, z „odbiorczyni przekazu” w „nadawczynię znaku”. (Tak, to jest ambitne przypisywanie wagi sprejowaniu po ciucjhachi; ale jeśli kultura nadała temu moc fetyszu, można temu samemu nadać moc egzorcyzmu).

    Marka zawsze mówi „my”: wielkie, włączające, a właściwie wchłaniające „my”. Imię mówi „ja” w wersji, która wzywa drugiego. Np co fajne- „Ola” jest fonetycznie cienka, miękka, wołaczowa; można ją krzyknąć przez ulicę, można ją wyszeptać zza szalika. „Cola” jest dźwięczna, twarda, przypomina korek z sykiem.

    „Coca-Ola” jako praktyczna semiotyka (zestaw ćwiczeń)

    1. Wybierz logo, które samo narzuca wspólnotową pamięć (zawias nawyku).
    2. Zostaw rdzeń brzmiący jak imię (nie „Ad…s”, nie „N…e” — zgiełk; „Ola” ma miękkie wejście w rozmowę).
    3. blackoutuj publicznie, ale nie eventowo: niech to będzie widok mimochodny (tramwaj, klatka schodowa, ławka); widz ma mieć czas skojarzyć, a potem zapomnieć o marce, zapamiętać imię.
    4. Nie naprawiaj światów: sweter ma mówić, że to gest jednostkowy, nie projekt polityczny. Z gestów jednostkowych powstają polityki, ale nigdy odwrotnie.
    5. Ucz się brzmienia: „Ola” to też echo „olać”; w sam raz, by olać to, co nie domaga się już naszej uwagi, bo ma jej za dużo. (Nie chodzi o agresję, tylko o redystrybucję uwagi).

    A co z „niechlubną historią i składem”?

    Tak, istnieje cała genealogia zastrzeżeń: od legend miejskich po realne raporty, od kolonizacji doznań cukrem i kofeiną po marketingowe zabawy w nostalgię. Ale powiedzmy to uczciwie: nie wygrywamy z systemem dzięki lepszemu PDF-owi z danymi o sacharozie. Wygrywamy drobnymi sabotażami percepcji. Sweter Trashki jest właśnie tym: nie plakatem „przeciw”, tylko przesunięciem uwagi, które działa w mikroskali, bo w mikroskali naprawdę żyjemy — w rozmowie z osobą, nie z „rynkami”. Ta mikroskala jest uparta i śmieszna zarazem (spray nigdy nie będzie heroiczny) i przez to wiarygodna.

    Ostatnia uwaga o wstydzie i chwale*

    Słowo „chwała” bywa w polszczyźnie kłopotliwe, jakby od razu pisało się je kapslockiem i ze złotym gradientem. Tutaj „ku chwale Oli” znaczy: przywrócić Oli posiadanie własnego imienia w przestrzeni, która wszystko opatruje brandem. Chwała jako spokojna widoczność. Sweter nie krzyczy; on woła po imieniu. (Czasem to wystarczy, by ktoś nie wyszedł z imprezy zanim przyniosą ciasto).

  • Istnieje pewien rodzaj pytania — pozornie niewinnego, z kategorii small talku, który ma wypełnić ciszę między jednym łykiem piwa a drugim — a które po bliższym przyjrzeniu się okazuje się niepokojąco bliskie pytaniom egzystencjalnym.
    „Jaki jest twój ulubiony klub piłkarski?”
    należy właśnie do tej kategorii.

    Bo nie chodzi tu przecież (albo przynajmniej: nie tylko chodzi) o sport.Chodzi o to, komu pozwalasz złamać ci serce w sposób powtarzalny i społecznie akceptowalny.Piłkarski klub to jeden z ostatnich legalnych obiektów, wobec których dorosły, funkcjonujący człowiek może doświadczać uczuć graniczących z religijnym uniesieniem, dziecięcą lojalnością i kompletnie nieracjonalną nadzieją — i nikt nie każe mu z tego powodu zapisywać się na terapię (choć być może powinien).

    Gdybym więc “musiała” wskazać jeden klub — a już samo to „musiała” jest tu znaczące, bo w zdrowym świecie nikt nie powinien być zmuszany do takiego wyznania — wybrałbym nie drużynę, która “wygrywa najczęściej”, lecz taką, która “najlepiej uczy przegrywania””. Klub, który przegrywa w sposób spektakularny, systematyczny i wystarczająco kreatywny, by nigdy nie pozwolić kibicowi osiąść w wygodnym nihilizmie.

    Bo kibicowanie — jest w gruncie rzeczy ćwiczeniem duchowym. To trening polegający na wielokrotnym wystawianiu się na rozczarowanie przy jednoczesnym, absurdalnym postanowieniu, że tym razem będzie inaczej. I że ta decyzja — choć statystycznie nie do obrony — ma sens.

    Mój hipotetyczny klub musiałby więc mieć historię pełną „prawie”.Prawie mistrzostw/Prawie legend./Prawie momentów, które *miały wszystko zmienić*.Nie kibicujemy drużynom dlatego, że są doskonałe. Kibicujemy im, bo w ich chronicznej niedoskonałości rozpoznajemy własne życie: wysiłek bez gwarancji nagrody, wierność bez umowy zwrotu, sens budowany nie na zwycięstwach, lecz na uporczywym stawaniu po tej samej stronie, nawet gdy ta strona znów kompromituje się publicznie.

    Ulubiony klub piłkarski to więc nie tyle wybór estetyczny czy geograficzny, ile
    deklaracja etyczna:

    na jaki rodzaj nadzieji jesteś gotów się zgodzić.

    Jak wiele ironii potrzebujesz, żeby nie zwariować.

    I czy potrafisz kochać coś, co regularnie wystawia cię na śmieszność.

    Późny kapitalizm, który z niezwykłą skutecznością przekształcił większość ludzkich pragnień w produkty o krótkim cyklu życia, w sporcie natrafia na osobliwy opór. Klub piłkarski, nawet najbardziej skomercjalizowany, nadal wymaga od swoich wyznawców czegoś archaicznego: cierpliwości, pamięci i zdolności znoszenia porażki bez natychmiastowej rekompensaty

    Ulubiony klub — jest więc raczej miejscem, w którym człek ćwiczy się w byciu częścią czegoś trwałego, choć zawodnego. Jest przestrzenią, gdzie sens nie zostaje dostarczony w formie produktu, lecz wyłania się powoli, w szczelinach między oczekiwaniem a jego kolejnym zawodem.Jeśli miałabym wskazać jeden taki klub, byłby to klub, który nie pozwala zapomnieć, że znaczenie nie jest stanem posiadania, lecz praktyką. Praktyką wymagającą obecności, uwagi i gotowości na to, że — jak w każdej liturgii (bo piłka nożna jest formą świeckiej liturgii późnego kapitalizmu, ale o tym kiedy indziej)— obietnica spełnienia zawsze zostaje przesunięta w czasie. I być może właśnie dlatego sport,
    w swojej najbardziej surowej, nieefektywnej emocjonalnie formie, wciąż opiera się pełnej instrumentalizacji: ponieważ przypomina nam, że nie wszystko, co warte podtrzymywania, musi się „opłacać”.

    sukienka mojego projektu
    Fot: Łukasz Zając
    Modelka: Emilia Masny


  • Zacznijmy (bo zawsze trzeba od czegoś zacząć, choć rzadko wiadomo, od czego właściwie)
    od obserwacji równie niekomfortowej, co banalnej:
    Większość  NAPRAWDĘ pogodnych ludzi, których znam — tych prawdziwych,
    nie tych z reklamowych ekosystemów — utrzymuje swoje życie w całości dzięki rytuałom
    ( Tak subtelnym, że nikt poza nimi samymi nie zauważa ich istnienia.)

    MASZ TAKI RYTUAŁ?
    Te drobne czynności są prywatnymi runami mocy.
    Mój to taniec. W Pełnię księżyca
    (Choć już sama nazwa brzmi tak pretensjonalnie,
    że czuję przymus zdystansowania się od własnej osoby.)

    To raczej coś pomiędzy odruchem fizjologicznym a sakramentem: człowiek, który wie, że musi się ruszać, żeby nie skamienieć na zawsze w tej jednej wersji siebie, która akurat obowiązuje w dzień,
      a która — jak większość wersji nas samych — powstała przypadkiem, z przemęczenia.
    .

    Rytuały interesują mnie od dawna, głównie dlatego, że z punktu widzenia kultury wykonują one zadanie paradoksalne: podtrzymują prywatny porządek w świecie, który nieustannie przerabia tożsamość na zasób do wykorzystania. Myślę, że śmiało by rzec można że:
    rytuał jest mikro-aktem suwerenności, którego nie da się skomercjalizować bez utraty jego sensu.

    U mnie np -Pełnia księżyca jest pretekstem, ale też wymuszeniem. Nie można jej przełożyć, przesunąć, odroczyć – co samo w sobie jest prawie obsceniczne w epoce, gdzie wszystko da się zaplanować i przestawić. Pełnia księżyca jest jedyną aplikacją, która nie przyjmuje naciśnięcia
    „remind me later”. Może dlatego wtedy tańczę: żeby mieć choć jedno zobowiązanie wobec czegoś WIĘKSZEGO niż powiadomienia.

    Jest w tym jakaś czysto ludzka desperacja: pragnienie, by w środku rzeczywistości, która chce wszystko zrównać, wykroić sobie okienko niepodległości — nawet jeśli trwa to tylko tyle, ile trzeba, by przesunąć ciężar ciała z lewej nogi na prawą. I w tej absolutnej prostocie, w tej miękkiej, trochę dzikiej zgodzie na własną zmienność —
    zwyczajny, osiągalny luksus bycia sobą, choćby przez trzy h w miesiącu.

    Rytuały magiczne

    Weźmy choćby prostą czynność: poranne ubieranie się.
    W wersji rutynowej jest to operacja logistyczna.
    W wersji rytualnej
    — Osoba, która rano wybiera sweter,
    nie wybiera materiału na ramiona, tylko narrację,
    którą będzie dziś urzeczywistniać.

    człowiek nie ubiera się w tkaniny, tylko w interpretacje.

    Jako nekromantka ubrań widzę to wyraźnie:
    Szczególnie kobieta, nie zakłada ubrania — ona przywołuje wersję siebie, której w danym dniu potrzebuje.

    Ten sweter, który trzymasz tylko na „trudne momenty”.
    Ta sukienka, która przypomina ci, że kiedyś, wbrew wszystkim, byłaś odważna.
    Te spodnie, które nosisz, gdy musisz wejść do świata jak własnego domu — (pewnie, stabilnie, z tą specyficzną kobiecą determinacją, którą mylisz ze spokojem, ale która w rzeczywistości jest formą genialnej samoobrony.)

    Ubranie nie jest więc rzeczą.
    Ubranie jest przedmiotem zaklętym.
    A zaklęcia działają tylko wtedy, kiedy powtarzasz je świadomie.

    Jest pewna delikatna, półprywatna magia w przedmiotach, które nosimy tak często, że zaczynają
    BYĆ RYTUAŁEM. To repozytoria wersji nas, które chronią nas przed własnym zapomnieniem.


    Ubraniowy rytuał jest próbą powiedzenia światu prawdy o sobie zanim świat powie swoją wersję.

    Rytuały ubraniowe — są mikromechaniką wolności. To drobne, powtarzalne akty samostanowienia,
    w których człowiek klei siebie z powrotem po każdym rozproszeniu, jakie funduje codzienność.
    I choć świat widzi w nich tylko kolory, tkaniny i drobiazgi, w rzeczywistości są to nieraz najsubtelniejsze narzędzia przetrwania, tworzenia sensu i codziennego piękna.


    Rytuał nie musi być skomplikowany
    – musi być twój

    Najbardziej poruszające rytuały kobiet to nie te z drogich magazynów lifestyle’owych
    (chociaż kocham ich papierową pychę ), lecz te niepozorne:

    • delikatne składanie ulubionego T-shirtu
    • nakładanie szminki tylko na chwilę, tuż przed snem, „bo chcę być ładna dla siebie”,
    • zapinanie guzika w płaszczu tak, jak robiła to ich mama.

    Kiedy wykonuje swój rytuał, świat nie ma do mnie dostępu.
    Nawet jeśli stoję w autobusie.

    Od jakości uwagi zależy jakość istnienia.
    I właśnie dlatego rytuały  są tak poważną sprawą, choć o powadze tej mówi się niechętnie, żeby nie wyjść NA P.E* (Przesadnie emocjonalną)

    To, jak żyjemy, zależy od tego, jak kierujemy uwagę

    Rytuał jest uwagą w formie czynności.
    Uwaga w formie gestu.
    Człowiek, który świadomie wykonuje swój rytuał  odzyskuje siebie nie metaforycznie, ale dosłownie.
    Ludzie odzyskują podmiotowość w najdziwniejszych momentach: podczas rozmowy o niczym,
    w kolejce, w reklamie pasty do zębów, w samotności hotelowej łazienki.

    Rytuał to moment, w którym człowiek nie jest już obiektem świata, tylko jego autorem.

    A ubranie?
    Ubranie jest zaklęciem, które działa tylko wtedy, gdy wypowiada je ta/ten, która/y go potrzebuje.



  • Witaj na Trashka_pl BLOG
    Prawdopodobnie jesteś tu przypadkiem — większość ludzi trafia w takie miejsca przypadkiem, brzmi jak wymówka, ale naprawdę jest statystycznie bardzo sensowną hipotezą.

    Ten blog* (słowo „blog” od razu sprawia, że mam ochotę zwinąć się w kłębek, ale niech już będzie) nie jest „blogiem o modzie”, przynajmniej nie w takim sensie, w jakim internet chciałby to kategoryzować
    (kategorie mają swoją pożyteczność, ale też niepokojącą tendencję do bycia mniejszymi niż rzeczywistość).


    Jest raczej zbiorem prób:
    prób zrozumienia, dlaczego materiały porzucone przez świat często mają więcej sensu,
    niż te nowe. To jest coś, pomiędzy szkicownikiem a niewysłanymi listami.

    Zobaczysz tu porzucone rzeczy. Głównie ubrania ale to tylko pretekst.
    One są dla mnie czymś w rodzaju narzędzi do pracy z rzeczywistością — przykładowo: odwracalne materiały uczyły mnie, że znaczenia też da się przewracać na drugą stronę, albo obicia lustrzane w szalikach– że wszystko ma jakiś przeciwny tajemniczy sens.

    Moje życie działa na zasadzie subtelnego reżyserowania wszystkiego, co opuszcza moją głowę.
    A na przedmioty patrzę jak na przedłużenia naszych myśli.
    No i llubię pracować rękami — nie z powodów romantycznych, tylko dlatego, że kiedy coś robię manualnie, mój mózg przestaje próbować mnie przechytrzyć.


    Cieszę się, że tu jesteś.
    Naprawdę.

    **A w duchu mam nadzieję, że ten blog będzie miejscem, gdzie manifest spotka się z codziennością.
    Być może okaże się, że sztuka użytkowa może być formą odzyskanej wolności.