I do something with things that, in the normal world, gets called “upcycling,” but in the psychic world — the one that works 24/7 behind our backs — is a very slow attempt to repair certain micro-fractures in our tolerance for being ourselves. Because it’s precisely there, in the space between “an object” and “living with that object,” that the whole drama takes place: the small, barely perceptible movements thanks to which a person stops feeling so painfully disposable. Upcycling — a nice, eco-friendly word — is here more like a kind of emotional lamination, layering on meaning so we don’t leak through.

IUczeni w Piśmie zostali w domu.

6 stycznia 2026

A otrzymawszy we śnie ostrzeżenie, by nie wracali do Heroda, inną drogą odeszli do swojego kraju. (Mt 2,12)

Kreda

Na framudze drzwi mojej matki są słoje. Co roku szóstego stycznia ktoś — najpierw dziadek, potem ojciec, od kilku lat ona sama— pisze poświęconą kredą rok i trzy litery. Starych napisów się nie zmywa. Zmywa je sam Pan czas, ale niechętnie, więc pod tegorocznym 20+C+M+B+26 widać jeszcze cień dziewiętnastki. Do dwunastego roku życia byłam pewna, że to inicjały: Kacper, Melchior, Baltazar. Kiedy się dowiedziałam, że C+M+B to Christus mansionem benedicat, miałam ten sam powidok uczucia jaby mi ktos powiedział że mikołaja nie ma tylko, że na jakby na odwrót

Wpisałam to w internet chciałam dowiedzieć się więcej i okazało się że Ewangelia Mateusza nie zna tych imion. Nie wie, ilu ich było. Nie nazywa ich królami. Mówi mega ogólnie: magowie ze Wschodu. Trzech zrobiono z nich później, licząc dary. Królów — czytając psalmy. W ogóle to Imiona dopisano kilkaset lat po fakcie

Więc co roku cały kraj pisze na drzwiach błogosławieństwo, które większość czyta jako listę trzech nazwisk, których nie ma w źródle. I to działa. Nikt nie przychodzi sprawdzić.

Mama mówi, że kreda chroni dom. Dom stoi. Ja nie mieszkam w nim od jedenastu lat, więc w tym badaniu jestem tymi którzy sprawdzili.

(Hannah Arendt pisała, że cudem, który chroni świat przed zwykłą ruiną, jest po prostu to, że rodzą się nowi ludzie)

Dziewięć kilometrów

Magowie, przyszedłszy do Jerozolimy, robią to, co zrobiłby każdy rozsądny człowiek Szukają króla tam, gdzie mieszkają królowie.

Herod się niepokoi bo nie jest dobry w metafory i zwołuje fachowców.
Arcykapłani i uczeni w Piśmie odpowiadają od razu,
* Betlejem, wiadomo bo tak napisano u Micheasza.

Z Jerozolimy do Betlejem jest jakieś dziewięć kilometrów. Dwie godziny marszu, trochę pod górę. Ludzie, którzy znali tekst na pamięć i czekali na to od pokoleń, przekazali współrzędne obcokrajowcom i wrócili do swoich spraw. Obcy poszli. Swoi mieli rację.

Wiem, gdzie jest Betlejem każdego wydarzenia, na które nie poszłam.

Znam adres wernisażu, nazwisko didżeja, godzinę rozpoczęcia, wiem, że to będzie ważne, i piszę o tym potem trzy strony, z których jedno zdanie jest naprawdę dobre. –

Jestem uczonym w Piśmie swojego pokolenia


Rano oglądam ich relacje i zostawiam serduszka jak pieczątki w cudzym paszporcie.
Długo myślałam, że uczonym w Piśmie zabrakło wiary. Dziś myślę, że zabrakło im zgody na pomyłkę. Mędrcy pomylili się o dziewięć kilometrów, bo wyszli z domu.



Mandarynki, linia nocna

Nocny autobus w Warszawie, z Centrum na Bródno, druga w nocy, grudzień. Mężczyzna w kurtce z odblaskiem, chyba z budowy, z siatką mandarynek. W pewnym momencie wstaje i chodzi od siedzenia do siedzenia, wyciągając siatkę jak tacę. Nic nie mówi. Dziewczyna w futrze z mikrofibry kręci głową, nie odrywając oczu od telefonu. Ja kręcę głową, zanim zrozumiałam, co mi proponuje — tak się kręci głową w nocnym, mam to w karku, to jest moja kompetencja.

Mężczyzna wraca na miejsce, obiera jedną mandarynkę bardzo starannie, w jednym kawałku skórki, i podchodzi do pijanego, który śpi z policzkiem przy szybie. Wkłada mu cząstkę do ust. Pijany, nie budząc się, żuje. Potem drugą. Potem trzecią. Mężczyzna wysiada na Kondratowicza. Skórka zostaje na siedzeniu, cała, w kształcie małej, pustej mandarynki.

Nie wiem, co to było.

Pinezka

Gwiazda, która staje nad konkretnym domem, jest astronomicznym absurdem. Gwiazdy nie wskazują adresów; z każdej wsi wiszą mniej więcej nad tym samym. Kepler w 1603 roku obserwował koniunkcję Jowisza i Saturna i przeliczył wstecz, że podobna zdarzyła się kilka lat przed naszą erą. Giotto namalował nad szopką kometę, bo parę lat wcześniej sam widział kometę Halleya. Każde stulecie podstawia pod gwiazdę Mateusza swoje najlepsze niebo.

Mnie ta gwiazda przypomina pinezkę w Google Maps. Zeszłego lata szukałam domu znajomej na Mazurach, gdzie była impreza. Pinezka stała w środku pola rzepaku. Chodziłam po tym polu dwadzieścia minut z latarką w telefonie, coraz bardziej przekonana że to jakiś performans, którego nikt mi nie wyjaśnił. Dom był czterysta metrów dalej. Znalazłam go po basie.

Podejrzewam, że Gwiazda Betlejemska to radość człowieka na polu rzepaku, który wreszcie słyszy muzykę

Odprawa

Śni mi się lotnisko w Watykanie tylko przeskalowane: terminal ma wysokość katedry i nadal jeden automat z kawą. Stoję w kolejce do kontroli z trzema szkatułkami.

Złoto przechodzi bez problemu. Zadeklarowane, zważone, paragon. Funkcjonariusz mówi nawet
-dziękuję złoto byłeś grzecznym pasażerem.

Mirra zostaje zatrzymana. Na monitorze świeci się na pomarańczowo.

— Substancja balsamująca — czyta z ekranu. — Wymaga zaświadczenia o zgonie.

— Nikt jeszcze nie umarł.

— To po co pani to wiezie?

Nie umiem odpowiedzieć. Odkłada mirrę do pojemnika z płynami powyżej stu mililitrów.

Kadzidło sprawdza najdłużej.

— Co z tego zostaje?

— Zapach.

— Zapach nie jest towarem. Jaką to ma wartość?

— Pali się.

— Pani mi tu nie żartuje.

Żeby sprawdzić, przypala jedną grudkę zapalniczką, którą wcześniej zarekwirował komuś innemu. I przez jakieś czterdzieści sekund cały terminal stoi. Wszyscy zaczynają wąchać Kobieta z walizką w panterkę zapomina, że była wściekła. Automat przestaje buczeć.
Dym idzie pod sufit katedry i znika.

— Proszę przejść — mówi funkcjonariusz. — Nic Pani nie wiezie






10. Kości bez imion

W Rawennie, w Sant’Apollinare Nuovo, magowie biegną po mozaice we frygijskich czapkach i spodniach w cętki, jak trzech członków zespołu spóźnionych na własny koncert. Nad ich głowami ktoś ułożył z kamyczków imiona: Gaspar, Melchior, Balthassar. Jedne z pierwszych podpisów. Mniej więcej pięćset lat po wydarzeniu, którego POWTARZAM uczestnicy, według źródła, nie mieli imion.

Potem dostali jeszcze ich kości. Relikwie przechowywane w Mediolanie zabrał w 1164 roku arcybiskup Rainald von Dassel, kanclerz Barbarossy, jako łup po zdobyciu miasta, i wywiózł do Kolonii. Ludzie o wymyślonych imionach przebyli więc pośmiertnie jeszcze jedną drogę — w skrzyni, jako zdobycz wojenna — i do dziś leżą w najbardziej złotej trumnie na północ od Alp.


I ma podpis

kto wszystko rozdał

ten leży w najdroższym mieszkaniu w Nadrenii

i nikt mu nie mówi

że nie stać go na taki czynsz

Żartuję, nie. Ale mogłaby.


To mnie przekonuje bardziej -Opowieść o ludziach, którzy oddali skarby, zakończyła się zrobieniem z NICH skarbu. Historia nie potrafi zostawić daru w spokoju; musi go zinwentaryzować. Jakiś bardziej współczesny mędrzec twierdził, że każdy dokument kultury jest zarazem dokumentem barbarzyństwa. Złota trumna w Kolonii jest jednym i drugim, jest też po prostu piękna, stałam przed nią z otwartymi ustami i nie wiem, co z tym zrobić.

Dwudziesty ósmy grudnia

Dobra historia która pomija się w kolędach

Magowie przyszli do pałacu i zapytali, gdzie jest nowo narodzony król. Herod, który nie był bystrzachą od metafor, wysłuchał uważnie. Kiedy się zorientował, że go ominęli, kazał zabić w Betlejem i okolicy wszystkich chłopców do lat dwóch.

Minusy Kompetencji magów  — ich wiedza, ich pytanie zadane we właściwym miejscu, wobec właściwej władzy — uruchomiła krwawą jatkę. Święty Mateusz nawet tego nie komentuje. Przytacza tylko proroctwo o Racheli, która opłakuje swoje dzieci i nie chce przyjąć pociechy.

„Inna droga” nie była więc przemianą duchową. Była ucieczką po ostrzeżeniu we śnie. Uratowała magów, a sen Józefa uratował Rodzinę, która uciekła do Egiptu. Nikogo w Betlejem nie uratował żaden sen.

Nie mam z tego wniosku.
Tu zostawiam ten kamyczek, możesz go sobie włożyć do buta.

Mirra, worek próżniowy

Mirra jest prezentem, który łatwo zrozumieć źle. Żywica, z której robiono olejki, lekarstwa i balsamy dla zmarłych. Kto przynosi ją niemowlęciu, przynosi mu też jego koniec.
U Jana mirra wraca zresztą w ostatnich rozdziałach, z aloesem, przy pogrzebie
jakby dar z początku doczekał się adresata dopiero na końcu.

Kiedy umarł dziadek, babcia schowała jego sweter — szary, z łatą na łokciu, pachnący tartakiem i dymem z pieca — do worka próżniowego z Pepco. Wyciągnęła powietrze odkurzaczem, żeby zapach się nie ulotnił. Worek leżał w szafie płaski jak naleśnik.

Rok później otworzyłyśmy go razem. Sweter pachniał workiem. Plastikiem, odkurzaczem, trochę szafą. Babcia wąchała długo, z zamkniętymi oczami, i powiedziała: — No, czuć go. Nie poprawiłam jej. To jedyna kłótnia, jaką w życiu wygrałam milczeniem.

Myślę o tym, kiedy ktoś mówi, że skończoność odbiera rzeczom wartość. Sweter miał wartość dokładnie tak długo, jak długo nie można go było stracić. Konserwacja go zabiła, a raczej przeniosła wartość z przedmiotu na gest babci, na jej zamknięte oczy, na kłamstwo, które nic jej nie kosztowało i które jej podarowałam. Może to była moja mirra: niczego nie zachowałam, ale coś namaściłam.

Czterdzieści sekund, Hajnówka

W cerkwi w Hajnówce jest taki Uber-diakon. Uber tak nazywam wszystko, co w swojej kategorii jest wybitne: Uber-pierogi, Uber-ciocia, Uber-zachód słońca nad parkingiem Biedry. Mogłabym napisać „protodiakon“ i nawet byłoby to poprawne, ale wtedy brzmiałby jak cząstka elementarna i to bez szwabskiej powagi.
Jest Uber z wielu powodów min. Okadza ikonostas tak, jakby rozmawiał z każdą ikoną osobno. Kadzielnica dzwoni dzwoneczkami. Stoję z tyłu, bo nie wiem, kiedy się żegnać,
i robię to zawsze o pół sekundy za późno.

Zaczęłam liczyć, ile żyje jeden obłok dymu, od wyrzucenia z kadzielnicy do zniknięcia pod kopułą. Wychodziło około czterdziestu sekund. Liczyłam kilkanaście razy, żeby mieć średnią. Byłem z siebie zadowolona.

Simone Weil pisała, że uwaga nie polega na wysiłku, na zmarszczonych brwiach i napiętych mięśniach, tylko na zawieszeniu myśli, na czekaniu, w którym umysł jest pusty i gotowy przyjąć to, co przyjdzie. Ja byłam bardzo uważna, uważna na przyjście dymu który przyszedł i któremu chciałam zrobić zdjęcie.

Wysuwam. Ekran rozbłyska na pełnej jasności, bo ostatnio czytałam na nim w słońcu, i oświetla mi twarz od dołu, z tego powodu mam nadzieję że wyglądałam na świętą [przecinek/ i /gdy/ podczas tego /ponieważ ] jakaś Pani Babcia patrzy.
Żeby jakoś wyjść z sytuacji, robię znak krzyża. Telefonem. Myślę :Od lewej do prawej, po katolicku, czyli tutaj na odwrót, i tym razem myslałam tak długo że wyrobiłam się idealnie ze wszystkimi.

Tak to pewnie wygląda z chóru: pośrodku, pod kopułą, w dymie i złocie, filozofka z Simone Weil w głowie, skupiona jak na obronie doktoratu, żegnająca się iPhone’em w etui z pszczółką i jagódkami

Migawka trzaska — zapomniałam wyciszyć. Diakon nie przerywa. Dzwoneczki dzwonią dokładnie w tym samym rytmie co wcześniej,

Dym wyszedł na nim jak skaza matrycy, aż sama aplikacja proponuje mi to usunąć jednym dotknięciem. W sumie to Usunęłam.. I to bylo mega religijne, w każdym razie uważam że był to G E S T   R Y T U A L NY
chociaż tak naprawde zrobiłam go z irytacji.

Kto by uklęknął

Na kolacji u znajomej kuratorki, przy lnianym obrusie, na którym nikt nie kładł łokci, wygłosiłam pierwszą wersję tego eseju. Mówiłam o magach jako o elicie, która umiała zrezygnować z centrum. O dzisiejszych elitach, które nie umieją. Byłam dobra. Wino było dobre.

Jeden z gości, Szwajcar z fundacji, powiedział spokojnie, że magowie to w gruncie rzeczy delegacja z Davos na wizycie terenowej: przylecieli obejrzeć projekt w regionie rozwijającym się, zostawili grant i odlecieli, zanim zaczęła się przemoc. Zrobiło się cicho.


Tu powinnam była przestać. Zamiast tego mówiłam jeszcze kwadrans. Przytoczyłam proskynesis, Keplera, grecki oryginał Mateusza, którego nie czytałam. Wygrałam. Szwajcar uniósł kieliszek tak, jak się oddaje partię szachów komuś, kogo pokonało się już wiele razy.

Przy zlewie gospodyni powiedziała do mnie bez złośliwości, raczej z czułością: — Ty byś nie uklęknęła. Ty byś o tym napisała.

Rezygnacja z prestiżu jest najbardziej prestiżowym gestem, jaki znam. Pokora dobrze opowiedziana przy stole zwraca się z nawiązką. Pragnienie, by rozpoznać prawdziwy sens tam, gdzie inni go przeoczyli, jest pragnieniem, żeby stać trochę wyżej od innych, tylko w innym miejscu. Tak, wiem. Napisałam to i piszę dalej.

Czwarty

Dizeń po powrocie ze świąt,  rano Na klatce schodowej, na trzecim piętrze, dziewczynka z sąsiedztwa pisze kredą na moich drzwiach. Zastanawiam się czy prosiłam ją o to- prawie na bank nie. Trzyma kawałek poświęconej kredy owinięty w chusteczkę i pisze powoli, z wysuniętym językiem: 20+K+M+B+26.

Czuję, jak podnosi się we mnie uczony w Piśmie. Mam gotowe zdanie,
jest dobre, jest nawet czułe: „Wiesz, że to właściwie C, od Christus…”. Otwieram usta.

I nic nie mówię. Chciałabym napisać, że z pokory, ale to była raczej mieszanina zmęczenia po podróży i tego, że jej język był wysunięty tak…
no  w takich proporcjach że od razu wiadomo że to co robi jest dla niej bardzo poważne

— A pani jest która? — pyta, wskazując litery.

— Nie wiadomo — mówię. — W Ewangelii nie piszą, ilu ich było.

Zastanawia się. — To niech pani  będzie czwarta.

Nie wiem, czy zna opowiadanie Henry’ego van Dyke’a o czwartym magu, Artabanie, który wyruszył razem z tamtymi, ale po drodze zatrzymał się przy umierającym i spóźnił na karawanę. W Betlejem oddał rubin żołnierzowi Heroda, żeby ocalić jedno dziecko. Szukał potem przez trzydzieści trzy lata, rozdał wszystko i dotarł do Jerozolimy dopiero w dniu ukrzyżowania, z pustymi rękami, przekonany, że przegapił swoje życie. Pewnie nie zna. Pewnie chodziło jej o to którym z króli “chce być.”

Zbiega na dół. Na drzwiach zostaje błąd, który będzie schodził latami, warstwami, jak u mamy. Automat światła na klatce gaśnie po czterdziestu sekundach — tyle, ile żyje obłok dymu w Hajnówce, tyle, ile stał terminal w moim śnie — i mogłabym nacisnąć przycisk, jest tuż obok, znam go na pamięć.

Stoję w ciemności, która wciąż ma pod spodem kształt klatki schodowej. Pachnie obiade z drugiego piętra ale też co innego, nie stąd — z archiwum, z komory konserwacyjnej, korytarz Szkoły Podstawowej nr 3 w grudniu. Lastryko umyte czymś z chlorem. Mokra gąbka przy tablicy, mandarynki z paczek od zakładu pracy. Kaloryfery pomalowane olejną farbą na kolor rozgotowanego groszku, na których suszyły się rękawiczki. Razem z zapachem pamięć podaje słowo „Ramuugi“ i nie chce powiedzieć, skąd je ma.

i zaczynam układać zdanie do tego eseju.

Zanim je zapisałam, przez chwilę to zdanie było tylko zapachem.

I to wszystko, co zamierzam powiedzieć.

Leave a Reply