Istnieje pewien rodzaj pytania — pozornie niewinnego, z kategorii small talku, który ma wypełnić ciszę między jednym łykiem piwa a drugim — a które po bliższym przyjrzeniu się okazuje się niepokojąco bliskie pytaniom egzystencjalnym.
„Jaki jest twój ulubiony klub piłkarski?”
należy właśnie do tej kategorii.
Bo nie chodzi tu przecież (albo przynajmniej: nie tylko chodzi) o sport.Chodzi o to, komu pozwalasz złamać ci serce w sposób powtarzalny i społecznie akceptowalny.Piłkarski klub to jeden z ostatnich legalnych obiektów, wobec których dorosły, funkcjonujący człowiek może doświadczać uczuć graniczących z religijnym uniesieniem, dziecięcą lojalnością i kompletnie nieracjonalną nadzieją — i nikt nie każe mu z tego powodu zapisywać się na terapię (choć być może powinien).
Gdybym więc “musiała” wskazać jeden klub — a już samo to „musiała” jest tu znaczące, bo w zdrowym świecie nikt nie powinien być zmuszany do takiego wyznania — wybrałbym nie drużynę, która “wygrywa najczęściej”, lecz taką, która “najlepiej uczy przegrywania””. Klub, który przegrywa w sposób spektakularny, systematyczny i wystarczająco kreatywny, by nigdy nie pozwolić kibicowi osiąść w wygodnym nihilizmie.
Bo kibicowanie — jest w gruncie rzeczy ćwiczeniem duchowym. To trening polegający na wielokrotnym wystawianiu się na rozczarowanie przy jednoczesnym, absurdalnym postanowieniu, że tym razem będzie inaczej. I że ta decyzja — choć statystycznie nie do obrony — ma sens.
Mój hipotetyczny klub musiałby więc mieć historię pełną „prawie”.Prawie mistrzostw/Prawie legend./Prawie momentów, które *miały wszystko zmienić*.Nie kibicujemy drużynom dlatego, że są doskonałe. Kibicujemy im, bo w ich chronicznej niedoskonałości rozpoznajemy własne życie: wysiłek bez gwarancji nagrody, wierność bez umowy zwrotu, sens budowany nie na zwycięstwach, lecz na uporczywym stawaniu po tej samej stronie, nawet gdy ta strona znów kompromituje się publicznie.
Ulubiony klub piłkarski to więc nie tyle wybór estetyczny czy geograficzny, ile
deklaracja etyczna:
na jaki rodzaj nadzieji jesteś gotów się zgodzić.
Jak wiele ironii potrzebujesz, żeby nie zwariować.
I czy potrafisz kochać coś, co regularnie wystawia cię na śmieszność.
Późny kapitalizm, który z niezwykłą skutecznością przekształcił większość ludzkich pragnień w produkty o krótkim cyklu życia, w sporcie natrafia na osobliwy opór. Klub piłkarski, nawet najbardziej skomercjalizowany, nadal wymaga od swoich wyznawców czegoś archaicznego: cierpliwości, pamięci i zdolności znoszenia porażki bez natychmiastowej rekompensaty ❤
Ulubiony klub — jest więc raczej miejscem, w którym człek ćwiczy się w byciu częścią czegoś trwałego, choć zawodnego. Jest przestrzenią, gdzie sens nie zostaje dostarczony w formie produktu, lecz wyłania się powoli, w szczelinach między oczekiwaniem a jego kolejnym zawodem.Jeśli miałabym wskazać jeden taki klub, byłby to klub, który nie pozwala zapomnieć, że znaczenie nie jest stanem posiadania, lecz praktyką. Praktyką wymagającą obecności, uwagi i gotowości na to, że — jak w każdej liturgii (bo piłka nożna jest formą świeckiej liturgii późnego kapitalizmu, ale o tym kiedy indziej)— obietnica spełnienia zawsze zostaje przesunięta w czasie. I być może właśnie dlatego sport,
w swojej najbardziej surowej, nieefektywnej emocjonalnie formie, wciąż opiera się pełnej instrumentalizacji: ponieważ przypomina nam, że nie wszystko, co warte podtrzymywania, musi się „opłacać”.

sukienka mojego projektu
Fot: Łukasz Zając
Modelka: Emilia Masny
Leave a comment