Przychodzisz na Wigilię. Ktoś z funkcją strażnika obyczaju – w każdej rodzinie jest taki „woźny sensu” – mówi ci, że „nie wypada” w bluzie, w trampkach, bez marynarki, albo z kolczykiem, który rokuje na „komentarze”. I teraz pytanie, które jest i retoryczne, i niestety praktyczne: kto właściwie przemawia? Czy to gospodyni z kserem reguł? Czy klasowa pamięć mebla? Czy też – tu wjeżdża teologia w wersji komiksowej – rzeczniczka solenizanta, który tej nocy ma urodziny?
Jeśli rzeczywiście świętujemy narodziny kogoś, kto według narracji urodził się w stajni (czyli w miejscu, które przegrywa każdy ranking „dress code & venues”), to rebus staje się atakująco prosty. W szopce mamy: pasterzy (normcore sprzed normcore’u), bydło (nie dressuje się), mędrców (overdressed, ale jednak spóźnieni) i niemowlę (bez „looku”, zaledwie zawinięte). To nie gala – to azyl. A jednak współczesna liturgia obyczaju próbuje stajnię przerobić na foyer teatru: kurtkę do szatni, proszę.
Są trzy możliwe objaśnienia tej sprzeczności:
(A) Objaśnienie socjotechniczne. Strój to szybki protokół tożsamości. Wysokie święta to wysoka stawka. Rodzina montuje więc bramkę kontroli jakości (ubrania = intencje). W praktyce: „Przyszedłeś nie dość odświętnie” = „Czy szanujesz nas tyle, by ubrać na twarzy uwagę?”. Problem: skrót myślowy zamienia się w zamiennik sensu. Ubranie zaczyna grać to, czego relacja nie umie zagrać sama. Łatwiej skrytykować buty niż zapytać, jak naprawdę się masz.
(B) Objaśnienie estetyczno-lękowe. Wigilia jest dla wielu ostatnim bastionem rytuału w roku złożonym w 99% z scrolla. Jeśli nie zamrozimy jej w formie (obrus, koszula, srebrna łyżeczka po prababce), rozsypie się w „imprezę z przymrużeniem oka”. Strażnik stroju w rzeczywistości broni geometrii znaczeń: kant spodni ma racjonalizować kant świata. Tylko że geometria bez wnętrza zamienia się w makietę. (Ładna, zimna, krucha; dzieci patrzą i uczą się, że „ładnie” to „nie dotykaj”.)
(C) Objaśnienie teologiczne (domowe, niewyświęcone). Jeżeli urodziny należą do Chrystusa – to, mówiąc wprost, nie my jesteśmy gospodarzami. Każde „przepraszam w imieniu solenizanta, że źle pan przyszedł” jest rodzajem uzurpacji: rzecznictwo bez upoważnienia. W Ewangeliach trudno znaleźć fragment, w którym Jezus powołuje komisję dress code’u. Są natomiast sceny, gdzie gość „nieodpowiedni” jest protokołem przyjęcia; warunek jest jeden: przyjście prawdziwe. (Tak, jest też przypowieść o szacie weselnej – ale tam chodzi o przyjęcie sensu zaproszenia, nie o nitkę i splot. Rzecz subtelna, lecz kluczowa.)
W praktyce rodzinnej „przyjęcie sensu” można zmierzyć nie w guzikach, tylko w uwadze. Uwaga to nowa odświętność – rzadki, drogi materiał. Kto przychodzi uwagą, jest ubrany w kontekst. Kto przychodzi w smokingu, a rozcina wzrokiem ludzi na „OK/NIE OK”, jest rozebrany do pancerza.
Wiem, co powiesz: „No dobrze, ale czy wszystko jedno? Czy Wigilia w dresie i z czapką z daszkiem to nie jest gest wobec gospodarzy?”. Jest to gest – dlatego właśnie powinniśmy przenieść akcent z estetyki na etykę: zamiast kontrolować czyjś garnitur, można uzgodnić regułę troski. Brzmi naiwnie, dopóki nie zestawisz tego z efektem ubocznym uwagi o stroju: wstyd. Wstyd działa jak rozpuszczalnik rozmowy: zaczynasz myśleć o sobie wewnątrz cudzego spojrzenia, a nie o kimś, kto siedzi naprzeciw. Wstyd to anty-Wigilia.
Wyobraźmy więc na chwilę „etykietę stajenną” (robocza nazwa; nie śmiej się – protokoły też mogą być czułe):
- Pierwszeństwo gościa. Jeśli ktoś wszedł z ulicy – znaczy, przeszedł przez zimno. Oddaj mu cieplejsze krzesło i nie komentuj kurtki.
- Ubranie = informacja, nie ocena. Strój mówi „od skąd przychodzę”, nie „kim jestem ostatecznie”. Czytaj delikatnie, jak list z oślej ławki.
- Komplement zamiast korekty. Jeśli naprawdę „zależy nam na podniosłości”, najpierw stwórzmy klimat przyjęciem (tak, także estetyką stołu), potem – dopiero jeśli trzeba – zaproponujmy coś, co pomaga czuć się u siebie („Chcesz skarpety? Mamy wełniane.”).
- Milczące przyzwolenie na niedopasowanie. W szopce byli i królowie, i pastuchy. System toleruje amplitudę. Wigilia też może.
- Słowa jak serwetki, nie jak kamienie. Jeśli musisz coś powiedzieć: mów o sobie („Potrzebuję dziś nieco ciszej/odświętniej”), nie o kimś („Ty wyglądasz niestosownie”). Różnica jest moralnie ogromna.
Czy w ogóle istnieje sensowny dress code wigilii? Jasne – ale niech będzie symboliczny, nie kastowy. Jeśli już chcemy znaku, niech to będzie coś wspólnego i miękkiego: drobny element, który każdy może założyć bez przemocy wobec własnej skóry i portfela (szal, papierowa gwiazdka, wstążka). Kod staje się wtedy horyzontalny (łączący), a nie wertykalny (segregujący).
W tle chodzi o większą rzecz: kto jest gospodarzem sensu w naszym życiu – my czy rytuał? Jeśli rytuał służy życiu, będziemy w stanie odkręcić krawat komuś, kto się nim dusi, bez utraty „powagi chwili”. Jeśli życie ma służyć rytuałowi, będziemy dusić kogoś komentarzem o trampkach i nazwiemy to „dbaniem o tradycję”.
Na koniec – minimalna, praktyczna teologia (zbudowana na domowym stole, nie w seminarium): jeśli Bóg miał wejść w świat przez bezbronność, to Wigilia jest świętem bezbronności przyjmowanej. Bezbronność gościa (niepewność, wstydliwość, brak marynarki) spotyka się z bezbronnością gospodarzy (lęk, że „wyjdzie byle jak”). Wspólny los. Jedyna odpowiedź, która trzyma tę sprzeczność, to czuła forma* forma, która umie się zsunąć, kiedy ktoś jej nie udźwignie, a nie forma, którą komuś zawiązujemy na szyi jak identyfikator.
Leave a comment